piątek, 31 sierpnia 2012

"[...] seks nie is­tnieje po to, by być tes­tem na zna­lezienie dob­re­go współmałżon­ka. Sam fakt, że oso­ba jest zdol­na do blis­kości fi­zycznej, nie oz­nacza, że jest ona zdol­na do in­nych rodzajów in­tymności, które ut­rzy­mują jed­ność małżeństwa. " - jason javert


Nie mówię, że jestem niezawodna. Nikt taki nie jest. Każdemu może….(tu należy wstawić to co może…). Zależnie lub nie…mamy różne ograniczenia, jesteśmy ludźmi. Tylko i aż – zależy od kontekstu.
Na jednym z portali ogłosiła się pewna osoba która uczy się w zawodzie fryzjerskim, i potrzebuje głów, w zamian oferuje darmowe strzyżenie. Wielokrotnie korzystałam z tej alternatywy płatnych usług.
Dzwonię, odbiera dziewczyna, trochę dziwna… dziwinie mi tłumaczyła jak dojechać… wydała się taka trochę upośledzona… ale może dobrze ścina, pomyślałam. Zapisałam adres umówiłam się, ok. ale pomyślałam też o Sylwii i Robercik, więc wymieniłam z nią smsy, okazało się, że nie zdąży i tylko mnie i Sylwie obetnie. Ok. umówiona data i godzina, bo żaden dzień inny jej nie pasuje!
Dziś zanim wyszłam z domu dzwonie do tej „fryzjerki”. Nie odebrała. Dzwonie za jakiś czas:
- dzień dobry, dzwonię żeby potwierdzić byłyśmy na dzisiaj umówione, będziemy z koleżanką – powiedziałam
- ale mnie nie będzie, będę panie zapraszała na poniedziałek – dalej nie pamiętam
- aha to dziękuję pani serdecznie, że mnie pani powiadomiła. – powiedziałam i rozłączyłam się
Kurde co za chamstwo! Wiedziała skąd jadę… godzina w pociągu, pieniądze około 20 pln wydane… i co? Nie należy się takiej osobie głupi sms?
Maniłam ochotę tę…. Wytrzaskać po k@#$ ryju, za chamstwo. Nie mówię, o telefonie ale sms… bez przesady! Dobrze, że dzwoniłam do niej  do skutku bo bym się „przejechała” i pieniądze wydała. A chciałam dobrze... bo to w sumie swego rodzaju pomoc użyczyć swojej głowy by ktoś się uczył…
Przed wczoraj pojechałam do dobrego mięsnego po jedzonko na bigos, i okazało się, że ulubione stópki wędzone są, żebereczka i wszystko jest. Kupiłam też miód… Heh trochę wydałam, bo jedzenie drogie, ale za to zapas jaki!
W drodze powrotnej spotkałam męża Alicji… zadziwiony był że do bigosu daje się miód… i chciał na ten bigos wpaść…
Później Ala pisała, że elegancko byłam ubrana… swoją drogą to się jej w tym lbie kotłuje… już kiedyś mi zarzuciła, że może mam romans z jej mężem… a tu teraz się o spotkaniu dowiedziała…
Tak więc od przedwczoraj kuchnia zamieniła się w małą produkcje bigosu… zapach mmmm….
Zostało trochę kości i jakaś wędzona stópka dla Smrodo… ponadto Robercik często po parę godzin chodzi na grzybki, więc same przyjemności pieska czekają… z resztą co ja tam opowiadam… jakby ktoś zobaczył jak ten pies tu ciągnie jak go właściciel prowadzi… to starczy za najlepszą reklamę!
Podniosłam stawkę. Na pewno nie jest wyższa od konkurencji, ale zbliżona. Dziś rano pan dzwonił i podałam mu już nową stawkę, chciał by psa zapisać a ja mu powiedziałam że jak już będzie konkretnie znał termin niech w tedy zadzwoni. Dzwoniła też babka z psem na weekend, ale skoro smrodo ma być to w tym czasie może być jedynie kot (y).


czwartek, 30 sierpnia 2012

szczypta magiii...


Mentalista – iluzjonista.
Nie wiem czy ktoś zna z telewizji czy Internetu takich gości jak Keith Barry czy Derren Brown. Dla nie znających może najpierw przedstawię obu panów:


Keith Patrick Barry (ur. 25 października 1976) to irlandzki Mentalist, Hipnotyzer , Magik i działacz na rzecz osób starszych.


Derren Brown (ur. 27 lutego 1971 r.) – osobowość telewizyjna, showman lubiący określać swój zawód jako "psychologicznyiluzjonista"






Oszuści? A może znakomici psycholodzy znający do perfekcji komunikacje nie werbalną? Która w połączeniu ze znajomością psychologii jej dorobku, badań… daje takie efekty:



wtorek, 28 sierpnia 2012

"Ten świat opiera się na coraz bardziej niewidocznym terrorze władzy. Obecnym zarówno w polityce, mediach, biznesie, jaki i w medycynie czy genetyce. "- Pedro Almadovar


Nie wiem czy się chwaliłam? Ale pewnie nie… otóż kupiłam sobie butki, w prawdzie już jakiś czas temu ale są. Nowe skórzane, co tu dłużej opowiadać, wyglądają tak:




Zamieściłam tyle zdjęć bo nie mogłam się zdecydować które najładniejsze.
Druga moja radość, to… udany experyment. Otóż zastanawiał mnie efekt zmieszania bitej śmietany z budyniem. I muszę przyznać, że dobrze, że nei posłuchałam Robercika, bo efekt dobry. Co prawda muszę nad ciastem „popracować”, i Was drodzy czytelnicy poczęstować:



Pani po setery miała być rano, a już południe mija i nawet telefonu…. Z jednej strony to lepiej że doba mija, i pobyt się przedłuża i więcej kasy wpadnie, ale z drugiej strony mogła by dać znać… po za tym najprawdopodobniej jutro Rodziak zawita, więc wolałabym, żeby on sam był. Bo coś mi się zdaje, że bez awantury by nie przeszło… Rodziak jest piękny i kochany, jednak do psów to bandyta, i zbój! Koty nawet lubi. Pamiętam jak Opiłek był chory i Rodo opiekował się nim, martwił się o niego… ah… jak pies z kotem powiecie…



 a jak Rodo trafił jak już Piłeczka nie było, to wiecie, że Rodo płakał za Opiłkiem? tak tak…
Tęsknie za Opiłkiem… pewnie nie jedna osoba zakpi sobie, zaśmieje się z tego. Ale ja nie widzę w tym niczego nie stosownego. Myślę że chyba każdy stracił jakąś bliską osobę dziadek (też straciłam, a byli to wspaniali ludzie… przynajmniej tak zapamiętałam), babcia… różnie bywa, więc dlaczego smutek po utracie zwierzęcia jest tematem tabu?
Widziałam w jakimś programie, że gdzieś tam w Ameryce jest taki zakład i gro ludzi wypycha swoje zwierzęta. Widziałam nawet przypadek, że w zamrażarce ktoś trzymał zwłoki swojego zwierzaka.
Ciężko się pogodzić ze stratą; zwłaszcza, gdy była to bliska istota, więc jakie tu znaczenie ma gatunek? Skoro płacz po rodzicach, dziadkach członkach rodziny znajomych, przyjaciół, a nawet celebrytów, czy innych ważnych osób jest uzasadniony? A strata zwierzęcia nie, zastanawiam się dlaczego?
Często brakuje mi tego by pogłaskać kota, przytulić, pocałować w łepek, pogłaskać po uszku, tak jednym palcem (mają tam takie fajne futerko)…
Ja zapamiętałam Opiłka tak:





poniedziałek, 27 sierpnia 2012

czy pamięta ktoś demotywatory.pl?

Ja niedawno tam zbłądziłam po dłuuuugiej przerwie i natknęłam się na ciekawy demot (szkoda, że nie natrafiłam na takiego o tych "facetach" co piszą komentują i wydaje im sie, że są tacy ohhhhh..., a oto i on. (Kliknij aby powiększyć):








i jeszcze jeden:


sobota, 25 sierpnia 2012

"Gdyby tylko Bóg dał mi jakiś jasny znak! Na przykład złożył solidny depozyt w szwajcarskim banku na moje nazwisko." - Woody Allen


Dostałam pod opiekę te dwa setery… już przy właścicielce się bałam, że nie dam rady, że będą problemy… one tak ciągną, że ledwie dałabym z jednym rade…. Ale pieniądze są bardzo potrzebne…
Wczoraj byłam na maratonie filmowym Woody Alena. Zaprosiła mnie Sylwia z okazji swoich spóźnionych urodzin. Widziałyśmy premierowy „zakochani w Rzymie”, „o północy w Paryżu”, i „Vicky Christina Barcelona”. Sylwia trzymała się mega twardo, ja pierwszy widziałam, drugi trochę przespałam, a przy trzecim to mi w sumie przeszło, więc jak się skończył to skoro Sylwia chciała iść to stwierdziłam, że pójdę i ja. Więc ostatniego czwartego filmu „i wszystko gra” nie widziałyśmy. Woody Alen specyficzny, chodź jak dla mnie na jedno kopyto…
 Na przystanku okazało się, że Sylwia, nie będzie miała dobrego połączenia do domu, więc zaprosiłam ją na kawę i tosta, żeby nie czekała na przystanku. Chciała bym ją odprowadziła na przystanek, ale nie dałam rady. Ale swoją drogą to inna koleżanka to nie wiem czy by zaprosiła do domu nad ranem i śniadanie zrobiła… czy po prostu poszła w swoją stronę. Dobranoc i radź sobie sama, nawet by nie zainteresowała się czy ma czy nie ma połączenia. Tym bardziej o tej porze.
Z psami masakra… stwierdziłam, że obowiązkowo muszę podnieść ceny za usługi hotelikowe. W tym celu trzeba będzie przeprowadzić badanie rynku. Za ile  u konkurencji za ile u mnie. Okazuje się że tu u mnie kobieta płaci za dwa psy tyle co u konkurencji za jednego. Ale muszę dokończyć tabelkę uzupełniając o miejsca do których trzeba zadzwonić bo  nie podano ceny…
Ale jestem nie wyspana… miałam iść dziś na ryneczek po miód ale nie wyszło…


czwartek, 23 sierpnia 2012

"Boimy się nie śmierci, ale wyobrażenia, jakie mamy o niej." - Seneka Młodszy


Dziś o pewnym dysonansie w wychowaniu chłopców i dziewcząt. Tekst pisany na podstawie obserwacji własnych, oraz przeczytanych wcześniej materiałów zajęć szkolnych…
Rodzina ma swoje funkcje jedną z rozlicznych jej funkcji jest poprzez wychowanie przygotowanie dziecka do dorosłego życia, i możliwie udanego życia w tym społeczeństwie.
Ale są i rodziny dysfunkcyjne, patologiczne. O takich dziś napiszę. Proszę się nie krzywić bo są takie rodziny. Może zdziwisz się ale takie rodziny są wśród nas… i bynajmniej nie jest to jedynie rodzina gdzie dysfunkcja bije po oczach bo np. ojciec pijany zataczający się matka zaniedbana usiłuje wiązać koniec z końcem… tak tak rodzina jest chora, nie tylko ojciec.
Dzieci czasem przysięgają sobie, że nigdy żadnego alkoholu! Głęboko wierzą, że to uchroni ich oraz potomstwo przed tym czego sami doświadczyli. W końcu sami zakładają rodzinę, oczywiście w domu żadnego alkoholu! Ale… mama to na przykład osoba rekompensująca swoje frustracje poprzez jedzenie, tym poprawia sobie nastrój. Ojciec uzależniony od religii…
Święta rodzina powiecie! Taki wspaniały ojciec, nie pije alkoholu, nie pali papierosów normalnie wzór! Wzór? Czy aby na pewno? Jakie wsparcie rodzice mogą dać dzieciom skoro sami z sobą nie dają rady? Jakie uczucia przekazać skoro im nie przekazano? Jak mogą dać coś czego sami nie mają…
Pamiętacie film requiem dla snu? Mama to była „normalna” starsza, miła pani. Wdowa. Jeden jej został syn, który z nią nie mieszka, tylko odwiedza… normalna rodzina. Nieprawda? Jasne, że nie bo kto film oglądał wie, że pani uzależniona jest od jedzenia, odchudzania, telewizji… a syn to narkoman, który ma dziewczynę z dobrego domu. Co z tego skoro narkomankę uzależnioną od seksu i miłości.
     Teraz z innej beczki. Co do wychowania: często mamunia „wychowuje” synunia, swego królewicza… dlaczego? Bo to chłopak, jemu się należy, to trzeba go hołubić, rozpieszczać… i rośnie kwiatek na „nie złe ziółko”… mamunia zawsze oddana syneczkowi. Nie dziw, że wyrasta na gnoja i skrajnego egoiste. Bo skąd miał się nauczyć, że kobiecie trzeba pomóc nieść siatki? Mamusia to zawsze robiła… i nie ważne czy mamusia jeszcze siły ma czy już starowinka, a chłop jak dąb. Skoro starej matce nie pomoże to niech se baba z głowy wybije, że jej pomoże. Bo jak to on królewicz…?
Są takie mamy które swoje oczekiwania z mężą przenoszą na syna. Bo mąż się nie udał. Bo mąż zmarł… Znam dwa przypadki: Adam (świętej pamięci) i Robercik. Oboje alkoholicy. Nie, nie… trzy przypadki… Bartosz uzależniony od gier. Wiecie, że jego mama była tak zaburzona, że robiła awantury na cały blok, ale mało tego dochodziło podczas tych awantur do rękoczynów. Tak tak… mama: „ty skur….” W kościele nie byłeś (mama uzależniona od religii)… po jakimś czasie rękoczyny. Wiecie co mnie boli? Że ta wariatka dzwoniła do mojej mamy, że ja uczę Bartka by bił swoją mamę. Moja mama miała do mnie o to pretensje. Ja tłumaczyłam mojej mamie (swoją drogą też uzależnionej od religii, i jedzenia) że po pierwsze ja nie każe Bartkowi bić mamy a nawet jakby to Bartosz jako dorosły mężczyzna z szacunku do mamy, kobiety by tego nigdy nie zrobił. To kwestia wychowania, skoro mama stosowała takie argumenty synek jej odpowiadał.
Przeraziłam się jak się dowiedziałam o tych awanturach i rękoczynach…
   Dziewczynki uczy się, że trzeba być miłą w tedy wszyscy będą mili i wszystko będzie dobrze. Tak tak… trzeba być miłą, nie mieć żadnych wymagań odnośnie faceta. Po co ma zapraszać, się starać skoro wiele jest takich co do domu przyjdą albo na spacerze w krzakach… a jak królewicz uzna, że dobrze było to można się częściej spotykać…
Z domu dziewczynka wyniosła, że trzeba być miłą i żadnych wymagań. A jako dorosła kobieta gdzieś w głębi serca chciałaby gdzieś wyjść, coś dostać… ale  wytłumacz to znudzonemu królewiczowi który wszystko dostał podane na tacy bez szczególnego wysiłku…
Jak czasem słucham jak niskie wymagania mają niektóre kobiety to naprawdę mi przykro. Także dlatego, że utwierdzają w przekonaniu takich Roberciów że są naj naj naj….
Wymagania: żeby coś kupił, zaprosił – to jest sponsoring, to jest prostytucja, sprzedawanie siebie… trzeba być ponad to! A jak już facet w domu to kolorowe pisma pomogą „uprzyjemnić” facetowi wspólne życie. Bo to kobieta ma się starać nie facet.
Wiecie co? Kiedyś czytałam takie zdanie w prawdzie to tyczyło się pewnych zachowań pracowniczych, ale myślę, że z powodzeniem można przełożyć je na inne dziedziny życia!
Otóż skoro komuś wazelinimy tudzież wchodzimy w d@@@ to dlaczego się dziwimy że ktoś ma nas w d***?
Jak przerwać krąg dysfunkcji? Jak uczynić swoje życie szczęśliwszym? A to niestety długotrwały jest proces… praca nad sobą, wgląd w siebie to rzeczy mało popularne. Bo nie łatwo znaleźć dobrego specjalistę, nie łatwo zdiagnozować swój problem… często poznanie przyczyn to terapia długotrwałą i nie łatwa. Męcząca… jak to praca! Ale żeby zacząć trzeba szukać odpowiedzi na swoje pytania. Ja szukałam długo. I znalazłam książki, ludzi a co za tym idzie wiedzę. Co mi ona daje? Świadomość, że nie do końca jestem jak to dziecko we mgle. Wiem, że mam przed soba dużo pracy (ten blog jest jej częścią) książek materiałów do przeczytania, zadań do przerobienia… ale warto szukać, odpowiedzi, rozwiązań, rozwoju... 


środa, 22 sierpnia 2012

"Cokolwiek jest zrobione w miłości, zawsze przekracza ramy dobra i zła. " - Friedrich Nietzsche


A no… wróciłam ze spotkania z człowiekiem który do złudzenia w zachowaniu przypominał mi r@. na spotkaniu okazało się, że to kolo z serii r@ (nie wiem czy ktoś pamięta). Amator spacerów… nic nie kupi, niczego nie postawi, jak poszedł do sklepu to nawet nie zapytał czy mam na coś ochotę, czy coś mi kupić…
Na spotkaniu przeklinał, opowiadał o swoich spotkaniach z portalu, jak to babki mu na pierwszej randce w spodniach grzebały, jak to mu się oświadczały a on oczywiście odrzucał… bo jedna za głupia. Druga za mało inwencji w łóżku, a trzecia już nie pamiętam… masakra… normalnie r@....
Planuje następne spotkanie… obiecywał, że mnie zaprosi… chciał mnie odwieść do domu ale ja nie wsiadam do auta obcego faceta…. Wiec poszłam a on sobie pojechał…
Wróciłam, poszłam z pieskiem na spacerek. Fajnie, że pies poznał auto właścicieli… niesamowite, nie wiem po czym ale poznała i wiedziała, że właśnie tam oni są. Fajna to chwila widzieć jak pies się cieszy… miłe też gdy się wacha bo jest właściciel, jest szczęśliwy ale taki zmieszany bo u mnie mu fajnie… miłe to i fajne. Takie potwierdzenie, że jednak jak się wkłada serce, i stara się coś robić dobrze to jest to zauważone…
Bynajmniej nie to co pani z tego pożal się Boże biura matrymonialnego…
Od właścicieli dostałam za dobę jakby był do środy (przyjechali o 23 we wtorek) i żubrówkę, połówkę. Miłe. Cieszę się, że buty będą… z jeszcze jedna para by mi się przydała i zimowe… Heh…
W czwartek mam dostać dwa setery. Oj nie będzie lekko… ale kasa znoof wpadnieJ.


wtorek, 21 sierpnia 2012

"Bywa tak, że serce widzi coś, czego oko nie dostrzega" - H. Jackson Brown


Jak człek szczęścia nie ma to…
Zła jestem na tą babkę z biura matrymonialnego! Po tym pierwszym nie udanym spotkaniu stwierdziłam, że może ona ma racje z tym „panem przystojnym”. W końcu ma doświadczenie, zna osobiście …. No i podała mu mój numer. Na telefon czekałam kilka dni…
W końcu się doczekałam… smsa. Oddzwoniłam, okazało się, że kolesia nie stać żeby do mnie zadzwonić… tylko sobie wykupił pakiet smsków w orange, i chciał… popisać. W rozmowie okazało się że szuka zupełnie innej osoby, normalnie mojego przeciwieństwa. Wszystko nas różni… i kolo mi podziękował. Zastanawiam się tylko dlaczego ta pani nas skojarzyła, dlaczego prawie nalegała na to byśmy się spotkali, skoro priorytety tego człowieka to moje przeciwieństwo?
Kurde gołodupiec którego na rozmowę telefoniczną nie stać, a takie wymagania… nawet się spotkać nie chciał….
To za co ja zapłaciłam? To już lepszą usługę mam w portalu społecznościowym, bo widzę zdjęcie, i oczywiście za darmo człowiek korzysta z portalu, pisze też za darmo…!
Kolejna sprawa to trzeba będzie pomyśleć nad podniesieniem stawek za opiekę nad zwierzakami. Oczywiście powinny być to okrągłe sumy by nie było problemu z wydawaniem reszty, ale też powinnam być konkurencyjna… jakieś badanie rynku się szykuje…
Druga sprawa to doby hotelowe dla zwierzaków… wczoraj mieli właściciele psa odebrać, czekałam dzwoniłam i nic. Dzięki tej sytuacji musiałam odmówić randkę.
Dziś umówili się na konkretną godzinę, poszłam na spacerek z pieskiem do obuwniczego, i telefon od tego gościa co miałam się z nim zobaczyć. Mierzę buty, i fajne, pasują i w ogóle… kazałam sobie tę parę butów odłożyć – takie uniwersalne klasyczne skórzane buty, i wtem sms, że właściciele będą około 21. jak ja na 20.30 umówiona. Heh…


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Haifisch


Płakać mi się chce… bo wychodząc z psem spotkałam Robercika, który stał z kumplem. Ja nic, on nic. Jak już pan z psem pojechał i wracałam sama do domu zagadnęłam Roberta o pieniądze.
Zmieniał temat, że jestem od sierści. Potem dziwił się za co ma się rozliczyć, to mu wytłumaczyłam trochę zawstydzając przy koledze.
Płakać się chce…
Późnie spotkałam tego koleżkę i dopytywałam czy Robercik coś mówił. Okazało się że nic – widać spłynęło jak po kaczce…
Koleżka dziwił się, że Robercik do mnie do domu nie wrócił. Ano nie wrócił… czyżby miał nową ofiarę?


zamrożenie uczuć


Każdy zna ludzi, którzy mają układne twarze, a wewnątrz kipią od zastarzałej złości (której często nie są zresztą świadomi). W towarzystwie mówią oni: „witam piękne panie i moją żonę” albo opowiadają zjadliwe złośliwości o swoim mężu („jaki twój mąż jest pracowity i zdolny, Ziutek ma dwie lewe ręce i czego dotknie, to zepsuje”), oczywiście w obecności swojej ofiary. Ale po powrocie do domu milczą zawzięcie, udając, że wszystko jest w porządku, zamiast podjąć wysiłek szczerej rozmowy o problemach w relacji i odczuwanych uczuciach. Podobnie jest w pracy, wśród znajomych, wszędzie.

Od kilku lat obserwuję, jak pewna osoba jest w kimś zakochana i na różne sposoby stara się od tego uczucia uwolnić. A ono nie przechodzi. Nie daje się zwalczyć aktywnie, a taktyka uniku jest równie nieskuteczna. Podtrzymuje je przypadkowe, przelotne spotkanie czy zwykłe życzenia świąteczne. Zresztą podejrzewam, że nawet bez tego obiekt uczuć jest często obecny w myślach tej osoby — im bardziej usiłuje ona o nim nie myśleć. Jeśli ciągle myślimy, że mamy o czymś nie myśleć, to tym bardziej o tym myślimy...

Błąd tej osoby polega na tym, że nie zaakceptowała istnienia uczucia, którego sobie nie życzy. A to jest jedyna droga do rozwiązania problemu niechcianych uczuć. Nie można ich zwalczać, bo jak często koszona trawa będą się jeszcze wzmacniać. Nie można też od nich uciekać, udając, że ich nie ma, i czekając, aż przejdą. Będą się tliły latami, skrzywione i zwyrodniałe, ponieważ uczucia nie giną. Poddają się za to kształtowaniu; dotyczy to nie tylko niechcianej miłości, lecz także uczuć, które mogą mieć groźne konsekwencje, takich jak zazdrość czy nienawiść. Jednak aby zacząć pracę nad uczuciem i przekształcić je w inne, musimy sobie najpierw uświadomić jego istnienie oraz uznać, że należy do nas, jest naszą częścią.

Zakochanie można przekształcić w więź przyjaźni, a urazę w mądre i wychowawcze współczucie dla drugiego człowieka, kiedy już zrozumiemy źródła jego błędów i motywy postępowania (oczywiście nie oznacza to przyzwolenia na ewentualne krzywdzenie nas przez tę osobę — trzeba zawsze umiejętnie stawiać granice i chronić siebie, nie krzywdząc innych) oraz dostrzeżemy wnikliwie, że sami często nie jesteśmy lepsi.

Mechanizm przepracowywania uczuć jest także pomocny w wypadku skłonności głębiej zakorzenionych w osobowości i historii życia, takich jak ciągłe uzależnianie się od mężczyzn u kobiet wychowywanych bez ojca czy lęk przed stałym związkiem u ludzi, którzy doznali wcześniej porzucenia przez bliską osobę. Uwolnienie się od tych problemów jest możliwe przy świadomym zaangażowaniu rozumu i woli — dzięki wypracowaniu nowej perspektywy patrzenia na świat i nauce nowych sposobów reagowania.

Otrzymaliśmy uczucia, by poruszały nas do działania i zbliżały nas do innych ludzi. Jeśli będziemy nimi rozumnie kierować, troskliwie je pielęgnując i właściwie kształtując, przestaną być uciążliwym kłopotem, a staną się bezcennym skarbem.

źródło

jak radzić sobie z gniewem?
Jeśli jesteś zła możesz:
1) krzyczeć złościć się dać upust oczyszczając się
2) powiedzieć komuś o tym pogadać
3) napisać na blogu czy w pamiętniku
4) zmienić myślenie

dlaczego warto?
zamrożone (nieuświadomione)  uczucia nie znikają zasypane, przyklepane, zapomniane one są w środku rządząc z ukrycia. 



niedziela, 19 sierpnia 2012

Psalm 64



Boże, słuchaj głosu mego, gdy sie żale;

zachowaj me życie od strachu przed wrogiem.

3 Chroń mnie przed gromadą złoczyńców

i przed zgrają źle postępujących.

4 Oni ostrzą jak miecz swe języki,

a gorzkie słowa kierują jak strzały2,

5 by ugodzić niewinnego z ukrycia,

znienacka strzelają, wcale się nie boją.

6 Umacniają się w złym zamiarze,

zamyślają potajemnie zastawić sidła

i mówią sobie: «Któż nas zobaczy

7 i zgłębi nasze tajemnice?»

Zamach został obmyślony,

ale wnętrze człowieka - serce jest niezgłębione3.

8 Lecz Bóg strzałami w nich godzi,

nagle odnoszą rany,

9 własny język im gotuje upadek:

wszyscy, co ich widzą, potrząsają głowami4.

10 Ludzie zdjęci bojaźnią

sławią dzieło Boga

i rozważają Jego zrządzenia.

11 Sprawiedliwy weseli się w Panu,

do Niego się ucieka,

a wszyscy prawego serca się chlubią.

źródło

Byłam dziś w kościele, czytany był ten psalm. Modlitwa była za osoby w ciężkiej sytuacji, za osoby będące w opresji: zdrowotnej, materialnej, rodzinnej...
Tak jakoś poczułam potrzebę pójścia do kościoła. Jednak niestety poczułam się tak źle że musiałam wyjść. I wyszłam pod koniec. Gorąco i duszno było a to mi nie służy.
wczoraj byłam na randce, szczerze powiedziawszy zadowolona jestem bo elegancki, grzeczny człowiek. Niestety okazał się trochę skąpy... egocentryczny - sporo mówił o swoich problemach zdrowotnych, wchodził w zdanie przerywał...
Śmieszny fajny, ale co z tego jak skąpy! Zamiast gdzieś iść do kina, knajpki... lepiej kupić piwko w spożywczaku i wypić na ławeczce. Albo na plażę iść.
Byliśmy dziś umówieni, ale przez ten gorąc musiałam odmówić, niestety... on ciągnie na plaże.
Dziewięć lat starszy ode mnie, po rozwodzie... i dziwnym trafem mówi, że jest stoczniowcem i zajmuje się obróbką metali, założył działalność gospodarczą. Co w tym dziwnego? Robercik też jest stoczniowiec też obrabia metale i też spawa, z tym, ze nei jest przedsiębiorcą, ale też nie lubi zaprosić czy postawić.


sobota, 18 sierpnia 2012


Wczoraj wieczorem rozmawiałam z tym gościem z biura matrymonialnego, powiedziałam mu jak sprawa wygląda z Robercikiem, i spotkaliśmy się wczoraj po 22… nie spodobało mi się, że przyszedł ubrany w dres…oczywiście nie oczekuje, że osoba z którą się spotkam przyjdzie we fraku, pod krawatem czy nie wiadomo co jeszcze. Dres to ja mogę założyć do sprzątania, na spacer z psem, a nie na randkę. Myślę, że to jak ktoś przychodzi ubrany na spotkanie to jednak wyraża się szacunek do drugiej osoby.
Rozmawialiśmy szczerze, ja mówiłam o swojej sytuacji, on mówił o sobie. Trochę mi się nie spodobało, że nie zaproponował, że wejdziemy do knajpki, tylko spacerowaliśmy… oj nie spodobało mi się to, tym bardziej, że mieliśmy gdzieś iść.
Gdy odprowadziłam go na dworzec (było późno, to facet powinien odprowadzić kobietę).
Dobrze, że dziś do niego rano zadzwoniłam, bo okazało się, że dzisiejsze spotkanie jest nie aktualne! A bo mamusia… mhm… tylko, wypadało wcześniej dać znać… w dodatku to taki kolejny brak szacunku do drugiej osoby. A bo nie ważne, że dziś się mieliśmy zobaczyć, że ja się nastawiłam, zarezerwowałam czas, może z czegoś zrezygnowałam… po co dać znać? Przykro mi się zrobiło. Dowiedziałam się też że mam swoje życie uporządkować, że daje miesiąc czasu, i że będziemy w kontakcie telefonicznym. Nie no spoko!
Dziś zadzwoniłam do biura i powiedziałam jaka jest sytuacja. Zapytała się mnie o wygląd czy mi się nie spodobał, i w ogóle. Ja powiedziałam, że wyglądu ja nie oceniam bo dziś modne jest szczupłe, dawniej modne były okrągłe kształty, a na to jak wyglądamy nie mamy wpływu… ale mamy wpływ na to co zakładamy. Kobitka powiedziała, że jestem mądrą osobą. Zastanawiam się nad spotkaniem z gościem którego mi polecała. Ale… wydawał mi się zbyt przystojny… wiecie, że mam w szafie ubrania, których nie noszę…? Bo uważam, ze są zbyt ładne jak dla mnie…. Poprosiłam tą babkę z biura by mi coś więcej powiedziała o tym gościu. Z tego co pamiętam ma wyższe wykształcenie i pracuje jako pracownik produkcji..  obiecała oddzwonić.
Tym czasem zadzwonił to mnie taki chłopak z badoo. Kiedyś klikaliśmy, potem znajomość przeniosła się na gg. Miło było do czasu gdy komunikator zrobił niespodziankę, i zniknął wraz z numerem i kontaktami. Niedawno go znalazłam i na nowo klikaliśmy. Dziś mamy się spotkać, na 20 w knajpie. Zobaczymy jak to wszystko będzie wyglądało…


piątek, 17 sierpnia 2012

"Zbyt mądrzy na angażowanie się w politykę, są karani rządami głupszych. " - Platon

Co u mnie? Hotelik jak na razie się kręci, są rezerwacje, więc źle nie jest. Mam trzy psy: Labrador, każdy wie jak wygląda. Sznaucer miniaturka, też nie muszę przedstawiać. I doga de Bordeaux, jakby ktoś nie wiedział to proszę sobie „Śliniaka” z serialu „rodzina zastępcza” przypomnieć, oraz reklamę getinbanku pies miał na imię „Funfel”. Sunia lękliwa bardzo, niepewna. I bidulka bez oka…
Ładnie się dogadują.
Robercik, pojechał na rozmowę kwalifikacyjną. Ja poszłam na randkę… z wojskowym. Naprawdę jestem pozytywnie zaskoczona: człowiek kulturalny, oczytany. Wstąpiliśmy po drodze do księgarni… gdzie kupił sobie książkę. Potem przespacerowaliśmy się do restauracji. Fajnie, że człowiek ma zainteresowania, jakąś wiedzę, miły kulturalny. A nie że dobiera się, albo chce do domu…
Spotkanie raczej udane. Nie wiem jak on, ale ja jestem zadowolona, tym bardziej jak Sam mówił, szuka docelowo żony. Teraz decydujący jego ruch, albo będzie chciał się dalej spotykać, albo wymownie zamilknie…
Z tego biura jestem umówiona też z jednym amantem, już dzwonił do mnie, słodził mi i w ogóle się nie może doczekać jutrzejszego spotkania. Trochę gość mnie zdziwił, że taki szczery otwarty się wydał, od razu wiele o sobie mówi, jesteśmy umówieni ze sobą na sobotę. Jeszcze nie ma planów, ale to się zobaczy. On chce iść do indyjskiej restauracji. Zobaczymy, jesteśmy w stałym telefonicznym kontakcie, więc się zobaczy. Jak na razie pozytywnie, ale z drugiej strony świrować pawiana każdy może… taka prawda. Pożyjemy zobaczymy.
Robercik dzwonił najebany, że idzie coś tam jakieś próbki do pracy… dziwnym trafem dziś mamunia pieniążki dostała. Dziwny zbieg okoliczności…
Dostałam też pod opiekę królika, szary taki chyba fajny. Kupiłam sobie buty, tak wyglądają:


co prawda z przeceny, ale nie kosztowały mało. 170 złotych to sporo, ale z drugiej strony za dobre skórzane buty, w których człowiek kilka lat pochodzi. A ja szanuje buty. Takie jedne to mam już z cztery lata będą, dałam za nie chyba z dwieście złotych, ale bez porównania do tych tańszych. Kupowałam też te tanie za kilkanaście do dwudziestu złotych, i musze powiedzieć, że nie do końca jestem z nich zadowolona. Jedne mnie tak obcierają, że nie daje rady chodzić, a te które ubierałam owszem zdarzały się i wygodne, to szybko się rozwalały. Szkoda z jednej strony, bo fajne, ładne i wygodne, ale cóż jak nie trwałe.


Wrócił Robercik szantażuje mnie, że mnie zostawi, że odejdzie i w ogóle. Najlepsze, że ma pieniądze papierowe, i w bilonie. To tłumaczy wszystko! jest zajebisty, ważny i w ogóle, jest wodzirejem, stawia, koleżkowie poklaskują on sie czuje ważny.
Najlepsze, że powiedział, że we wtorek sie ode mniewyprowadza, bo mamusia uznałą, że on sie męczy ze mną.
Jak zobaczyłam, że Robercik ma pieniądze to powiedziałam: masz tu dowód dlaczego jesteś kawałkiem gówna!
Wyszłam z pokoju. Robercik za chwile poinformował mnie, że wychodzi, ale takim tonem jakby oczekiwał bym błagała by został. Jak zauważył brak reakcji to dodał, że oplułam go. Niby tak wielce urażony...
Upomniałam się o pieniądze, on ściemnia, że nie ma. Poszedł.













wtorek, 14 sierpnia 2012


Zapisałam się do biura matrymonialnego. Bo moje ostatnie doświadczenia "randkowe" utwierdziły mnie w tym, że z jakiś "magicznych" przyczyn nie przyciągam ludzi, którzy są tego warci. W dodatku w moim środowisku nie poznam raczej, osoby której szukam; bo co? poznam kolejnego Robercika? Dziękuję. Po za tym wszędzie trzeba szukać. I za wszędzie też.
Wybrałam chyba najtańsze biuro a w nim najtańszą opcję. Biuro działa tak, że wypełnia się ankiete o sobie. Takie tam różne rzeczy o sobie jak adres, telefon, zainteresowania, praca, zarobki, wygląd, marzenie, zwierzęta… ale i kogo poszukujemy… podpisujemy umowę… w różnych biurach to może różnie wyglądać ale w tym moim dopiero po uiszczeniu opłaty zostaje się umieszczonym w bazie danych. Ankieta ze zdjęciem jest pokazywana innym odpowiadającym wymaganiom członkom biura. Gdy zainteresowany wybierze mnie wówczas dostaję telefon z biura pani z biura telefonicznie opowiada o nim… jeśli się nie spodoba, szukamy dalej. Jeśli się spodoba wówczas on dostaje mój numer telefonu i dzwoni do mnie w celu umówienie spotkania. Jeśli się sobie spodobamy zawieszamy członkostwo, jeśli nie szukamy dalej. Członkostwo można odwiesić chyba.
Opłatę poczynia się na rok czasu. Opłata uzależniona jest od ilości kandydatów jakich mogę sobie wybrać na spotkanie. Ja mogę sobie wybrać do 3,4 panów, tyle przewiduje najtańsza opcja, którą wybrałam. Oczywiście może być tak, że pierwsze spotkanie będzie szczęśliwe i pozostali nie będą mi do niczego potrzebni. Chociaż myślę, że fajnie by było dobrego kumpla poznać, z którym mogłabym od czasu do czasu gdzieś wyskoczyć...
Heh może w biurze poznam kogoś wartego zainteresowania. Bo jeśli chodzi o te portale to już sama nie wiem… odezwał się np. do mnie pan od razu mówiąc, że żonaty i czy interesuje mnie romans. Co on od siebie oferuje? Obiecuje dobry sex kawe i spacer. Do ciężkiej cholery! Czy kobieta w dzisiejszych czasach to pies by atrakcją dla niej był spacer?



poniedziałek, 13 sierpnia 2012

wystawa psów

W weekend byłam na wystawie  psów. Oj cudeńka widziałam... płakałam kilka razy od nadmiaru piękna... oj cudne Amstaffy widziałam, jeden na którym oko zawiesiłam okazał się championem a drugi chyba czwarte miejsce zajął. 
Ahhhh wiele by opowiadać com widziała. Z wrażenia zapominałam zdjęć robić co by uwiecznić piękno...
Te które mi się udało:







były też i bull teriery, oto jeden z nich:


Ucięłam pogawędkę z właścicielką cane corso. Ojjjjj... nagadać się nie mogłam:



ojjjj... nagadać sie nie mogłam....
A oto dog niemiecki i golden retriver (golden ten mniejszy)



niedziela, 12 sierpnia 2012

Randka z murzynkiem....


Byłam na dwóch randkach ostatnimi czasy. Pierwszy był polak… jakieś dziwne tematy, jeszcze egzotyczniejsze teorie np. że oszczędza, a z drugiej strony nie robi przelewów bo woli płacić gotówką na poczcie.
- ale na poczcie po parę złotych za każdy przekaz się płaci – wspomniałam
- no tak, ale ja wolę iść, i gotówką zapłacić…
Jakoś nie przemawiało do mnie jego tłumaczenie…za to nie spodobało mi się pytanie ile kosztuje ciastko które zamówiłam… trochę posiedzieliśmy… jak kelnerka podchodziła nawet nie spojrzał na mnie z zapytaniem czy bym czegoś nie chciała… tylko gdy widział idącą kelnerkę mówił, że już nic.
Potem poszliśmy na spacerek zaczął się do mnie dobierać. Widziałam nową budkę z lodami i goframi, zamiast zapytać mnie czy mam ochotę, to jeszcze nie podobało mu się że podchodzę do budki…
Okazało się, że dziś wszystko w ramach promocji za darmo i zapytała czy mamy na coś ochotę ja poprosiłam loda, on nic nie chciał. Dopiero jak okazało się, że za darmo to oczywiście że reflektował. Pani zaprosiła nas za jakiś czas na gofry. Spacerek miły tylko niestety kolo natarczywy… i te zaczepki…
Przy gofrach pokazał jaki jest łapczywy zjadł swojego, nie pytając mnie czy miałabym ochotę poszedł po następnego bo chciał z bitą śmietaną…
Nawet nie zaproponował mi że mnie odprowadzi… chciał buziaka, na pożegnanie i najwyraźniej był przekonany że spotkam się ponownie… jasne!
Drugi to studiujący w Polsce Nigeryjczyk. Mimo, że umówiliśmy się w knajpie wyszłam po niego na dworzec… bo on nie zna miasta…. Żaden link, mapa nic… chciał w ogóle iść do mnie do domu, a najważniejszy argument jego to oczywiście, że nie lubię czarnych… dziwne…
Dzwonił jakiś gość w sprawie lodówki… dziwne bo ogłoszenie dawałam pare lat temu. Jak murzynek pytał kto dzwonił to objaśniłam sytuacje  z tym, że zabrakło mi słowa lodówka, więc mu tłumaczę, że stoi w kuchni w środki jest zimno wkłada się tam żywność. Oczywiście gdyby nie słownik w komórce to nigdy by się nie domyślił…
Gdy usiedliśmy w knajpce on oczywiście nic nie chciał, sposób w jaki siedział, grzebał w telefonie… ja już zbierałam się do wyjścia. To było za dużo! To mnie przeprosił i poprawił się nieco. Mój angielski nie jest rewelacyjny, ale jego wymowa nawet kelnerce sprawił problem w zrozumieniu go…
Dziwnie mi się zrobiło jak wziął moją rękę, i zaczął szczypać po wewnętrznej stronie. Bolało a on dalej. To ja stwierdziłam, że odwdzięczę się pięknym za nadobne! Powiedziałam: widzisz: nie ważne czarne czy białe tak samo boli!
Jak z opuściliśmy lokal poszliśmy na spacer. Zadawał mi intymne pytania, a ja na to odpowiadałam wymijająco w końcu po kolejnym się wkurzyłam i zapytałam czy jest erotomanem sadystą….
Podobno studiuje nawigacje, więc dziwne mi się wydało, że nie wie co to jest Europa…
Zarówno z pierwszym i drugim więcej się nie zamierzam widzieć… chodź jeden i drugi pisali… bez kitu nigdy nie zapomnę jak murzynek mnie szczypał, jak mnie ciągnął w krzaki… masakra, pokazuje gościowi, że nei że buty i w ogole. W końcu jak wyszarpnęłam się to zrozumiał… Gościa z Afryki poniekąd tłumaczą różnice kulturowe…. Ale co poniektórych polaków już nie! Polska to nie Afryka dzika.
Na koniec dodam, że zapisałam sie do iura matrymonialnego ale o tym w następnym wpisie.


sobota, 11 sierpnia 2012

symetria


Wczoraj miałam dzień filmowy. Taki maraton działalności Pana Kondrata Niewolskiego.
W końcu zmęczyłam film, którego dotąd obejrzeć do końca mi się nie udało. Tytuł: „Symetria” przylgnął do nazwiska reżysera niemalże niczym przydomek.
Symetrie chyba każdy kojarzy choćby ze słyszenia.   
Film opowiada historia wykształconego Łukasza, który fatalnym zrządzeniem losu trafia do zakładu karnego.
Po za rozpoznaniem przez świadka, nie mamy żadnych dowodów ani winy ani niewinności głównego bohatera.
Co wiemy? Wiemy, że nie odnajduje się w więziennej rzeczywistości. Jednak później przechodzi kolejne załamania nerwowe. Zadziwia mnie fakt, że o ile  człowiek jest nie winny tak bardzo po trochu zrządzeniem losu, oddziaływaniem środowiska podąża ślepo za drogowskazami prowadzącymi nieuchronnie w dół.
Domniemam, że Łukasz jest niewinny (jest w prawie coś takiego jak domniemanie niewinności, Art. 42 ust. 3 Konstytucji RP stanowi, że każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu. Założeniem tej zasady jest domniemanie uczciwości każdego obywatela.)
Tak więc trafia niewinny człowiek który w miejscu gdzie teoretycznie powinien być resocjalizowany sprowadzany na lepszą drogę…
A z drugiej strony kogo ze społeczeństwa, ile procent interesuje to co się tam dzieje? Kary mają być mega surowe, kara straszna długa, ciężka by odstraszała potencjalnych przestępców (społeczny wymiar kary).
Razem z „gitowcami” siedzi wykładowca uniwersytecki… no tak. W naszym kraju lepiej dać się zamordować płakać i broń Boże się nie bronić, bo można dostać gorszy wyrok niż agresor.
Oglądałam kiedyś program o amerykańskich więzieniach, gdzie były jakieś programy resocjalizacyjne, choćby nawet to szkolenie przez więźniów psów na potrzeby osób niepełnosprawnych. Ale u nas to wszystko w powijakach…
Zapraszam na film:


czwartek, 9 sierpnia 2012

Nie wiem jak Wy ale ja jestem zszokowana

w głowie mi sie nie mieści sytuacja opisana na jednym z portali klik.

A więc w poniedziałek po gdańsku przechadzało się dwóch koleżków. Gimnazjalistów. Zostali oni zatrzymani przez policje. Powodem jest zarzut podpalenia 49 - letniego mężczyzny. 
Dlaczego to zrobili?

"tłumaczyli się policjantom, iż podpalili mężczyznę, bo "chcieli sprawdzić, jak to jest". Widzieli, że leży pijany przy śmietniku. Najpierw rzucali w jego kierunku płonące gałęzie i kawałki papieru. Kiedy zobaczyli, że jest tak pijany, że nie reaguje, podpalili mu nogawkę, a chwilę później koc, na którym leżał. Gdy mężczyzna zaczął płonąć - uciekli." 


ja zastanawiam się jak dalece ci "ludzie" przecież tak młodzi a jak bardzo zdegenerowani by zrobić coś tak potwornego.
Co im za to grozi? Zakład poprawczy pewnie. Pozostawię bez komentarza....
Jednak za parę lat ci "ludzie" wyjdą na wolność i jaką mamy mieć gwarancje, że nie zrobią ponownie....

środa, 8 sierpnia 2012

fundacje pomocy psom


Po co były te teksty? By uświadomić i rozwiać wątpliwości na temat zwierząt rasowych, dokumentów… na tyle by zorientować się i nie dać nabrać. Po co? Zależy mi na tym by ludzie nie wspierali fabryk psów. Pseudo hodowle to miejsca cierpień  zwierząt.
Dziś zgodnie z obietnica napiszę skąd można wziąć zwierze rasowe, za darmo, pół darmo a nawet zrobić dobry uczynek za jednym razem!
Chcesz mieć zwierze danej rasy, ale z jakiś przyczyn nie będziesz płacił za nie hodowcy?
Proponuję zastanów się czy będzie Cię stać na opiekę nad psem, opiekę weterynaryjną w razie choroby. Jeśli nie ma problemu. W dalszej części wpisu podam kilka propozycji pozyskania zwierzęcia.
   Właścicielem zwierzęcia można stać się odpowiadając na ogłoszenie w prasie, na portalach. Zdarza się tak, że z jakiś przyczyn ktoś kto zakupił zwierze od hodowcy nie może się nim opiekować, więc zwraca je do hodowcy. Takie ogłoszenia można znaleźć na forach traktujących o rasie. Zdarzają się ogłoszenia…
Także bezpośrednio u hodowcy danej rasy można się z nim dogadać… raty…
Inną opcja to zwierzę nie wystawowe, czyli z wadami. Wady mogą dyskwalifikować z wystaw, ale jest to normalne zdrowe zwierze, rasowe. Taką wadą może być coś nie ma wpływu na zdrowie ani na zachowanie. Oczywiście są i inne wady… ale to osobny temat.
   Innym miejscem jest schronisko dla bezdomnych zwierząt. Zdziwieni? Tak ze schronu można przyprowadzić do domu prawdziwego rasowego psa… któremu można wyrobić normalny rodowód… adresy schronisk (klik). Tak, tak w azylach czekają nie tylko kundelki….
   Kolejnym miejscem są fundacje. Poniżej znajdziesz strony fundacji. Kliknij nazwę rasy a znajdziesz się na stronie fundacji. Na takiej stronie możesz uzyskać informacje, na temat rasy, psów do adopcji. Kliknij w nazwę rasy by znaleźć się na stronie:


Biorąc psa z takiej fundacji lub z azylu robisz dobry uczynek. Nie kupuj od pseudo hodowców, nie nabijaj kasy ludziom których interesuje jedynie pieniądz. Nie nagradzaj znęcania się nad zwierzętami!

"Co jakiś czas odbywają się głośne likwidacje pseudohodowli, ale w ich miejsce szybko powstają nowe. Nie pomoże policja, sądy, kolejne interwencje. Potrzebna jest gruntowna zmiana świadomości społeczeństwa.
Nie mamy wpływu na pseudohodowców, ale możemy dotrzeć do ich klientów, amatorów tanich, rasowych szczeniaków. Pokażmy im, do czego - często nieświadomie - przykładają rękę."

wtorek, 7 sierpnia 2012

dziś troche z definicji


Co to jest rasa?

grupa osobników należących do tego samego gatunku, która jest w stanie reprodukować się, konsekwentnie zachowując te same cechy, przy uwzględnieniu takich czynników jak środowisko, historia, geografia, użytkowość. Ponieważ jednak mechanizm przekazywania cech jest taki, iż pojawiają się pewne odchylenia od normy, dlatego też w celu uniknięcia nadmiernych różnic, czy wręcz faktycznych modyfikacji względem pierwowzoru, a także by uściślić kryteria oceny, stworzono wzorce (standardy) ras. 
Podsumowując: 
rasa to grupa zwierząt tego samego gatunku, o tych samych cechach, powstała w wyniku celowej hodowli i jest to grupa zwierząt o wiadomym i udokumentowanym pochodzeniu (dokumentowanym praktycznie od momentu powstawania rasy).

Rodowód

 To dokument wydany przez organizację/stowarzyszenie kynologiczne, poświadczający, że dane zwierzę należy do danej rasy. Rodowód zawiera pełne informacje na temat pochodzenia psa i jego przodków. W zależności od organizacji, wydawane są rodowody 4- 6- lub 7-pokoleniowe. To, że na rodowodzie widzimy tylko 4 czy 6 pokoleń przodków nie oznacza, że wcześniej był "czarna dziura" - organizacje kynologiczne prowadzą księgi rodowodowe od kilkudziesięciu lub kilkuset nawet lat (np. .ADBA od 1909r, a UKC od 1898r), tj. od czasu gdy większość współczesnych ras powstała w swej ostatecznej postaci, wtedy to też, opracowano pierwsze wzorce ras. 
Po prostu, wielkość kartki papieru ogranicza fizycznie liczbę przodków, jakich jesteśmy w stanie na niej wypisać - przodkowie Ci jednak figurują na zawsze w prowadzonych księgach rodowodowych.

Suka hodowlana.

Fakt, że rodzice mają rodowód nie jest tożsame z tym, że ich potomstwo będzie rasowe.
Aby potomstwo miało rodowód suka musi mieć uprawnienia suki hodowlanej. uzyskała, po ukończeniu 15 miesięcy, w dowolnej klasie, od co najmniej dwóch sędziów, trzy oceny
doskonałe lub co najmniej bardzo dobre, w tym jedną na wystawie międzynarodowej lub klubowej.
Suka użytkowa, posiadająca certyfikat użytkowości uprawniający do wystawiania w klasie użytkowej,
może być dopuszczona do hodowli z trzema ocenami co najmniej dobrymi od co najmniej dwóch
sędziów, w tym jedną uzyskaną na wystawie międzynarodowej lub klubowej. Suka traci uprawnienia hodowlane z dniem 31 grudnia roku, w którym ukończyła 8 lat. Oddziałowa Komisja Hodowlana, na wniosek hodowcy, może zezwolić na dalsze używanie do hodowli
suki, która ukończyła 8 lat, pod warunkiem, że jest ona w bardzo dobrej kondycji i dawała wartościowe potomstwo

Reproduktor

Do kryć dopuszcza się psa, na podstawie adnotacji w rodowodzie i Karcie Sztywnej „REPRODUKTOR”, dokonanej przez Kierownika Sekcji lub Przewodniczącego Oddziałowej Komisji Hodowlanej,
potwierdzonej imienną pieczęcią, podpisem, pieczęcią Oddziału oraz datą. Pies nabywa uprawnienia
hodowlane w momencie dokonania takiego wpisu.
Uzyskał, po ukończeniu 15 miesięcy, w dowolnej klasie, od co najmniej dwóch sędziów, trzy oceny
doskonałe, w tym jedną na wystawie międzynarodowej lub klubowej,
Pies użytkowy, posiadający certyfikat użytkowości uprawniający do wystawiania w klasie użytkowej, może
być dopuszczony do hodowli z trzema ocenami co najmniej bardzo dobrymi od co najmniej dwóch
sędziów, w tym jedną uzyskaną na wystawie międzynarodowej lub klubowej.
Dla reproduktorów nie ustala się górnej granicy wieku hodowlanego, ani limitu kryć.

Organizacja kynologiczna/stowarzyszenie kynologiczne:
organizacja/stowarzyszenie o uregulowanym statusie prawnym, posiadająca statut, regulamin, władze organizacji, prowadząca bardziej czy mniej rzetelne prace badawcze z dziedziny kynologii i propagujących swe osiągnięcia poprzez regulowanie hodowli psów rasowych (system tzw. ocen hodowlanych), tworzenie i modyfikację wzorców ras psów oraz inne formy (np. publikacje prasowe).
Rejestr prywatny:
spis prowadzony przez osobę fizyczną, nie będący stowarzyszeniem ani organizacją. 
Czyli: pewien pan/pewna pani dochodzi do wniosku, że chciałby założyć rejestr, powiedzmy XYZ. W tym celu zakłada działalność (lub nie..., ale wtedy to się nazywa szara strefa), następnie kupuje komputer, drukarkę, trochę papieru. I sobie rejestruje. Co mu się żywnie podoba. Bo ma na to ochotę. I już.

Cóż to takiego to KKW? Ano taki rejestr, do którego trafiają pieski z nikąd, a więc NN, przypominające z grubsza jakąś tam rasę. Pieski te następnie są rozmnażane (nie szkodzi, że to kundelki!), a ich potomstwo po 3 pokoleniach w księdze wstępnej trafia do księgi rodowodowej i otrzymuje "rodowód" (celowo w cudzysłowiu). I już! 
I tak sobie powstają rasy nowe lub nie, jak grzyby po deszczu. 
O kant tyłka potrzaskać kilkadziesiąt czy kilkaset lat pracy hodowlanej hodowców, o kant tyłka rozbić te wszystkie księgi rodowodowe prowadzone od XIX wieku... tutaj wystarczą 3 pokolenia (czyli jakieś 4-5 latek pseudohodowli, nie więcej) i już mamy pieska "rasowego" (celowo w cudzysłowiu)- a jakże...
Osobny wytwór stanowią tzw. Rejestry, ostatnio bardzo modne, zwłaszcza jeśli przyjrzeć się ogłoszeniom na przeróżnych portalach typu alledrogo. 
Tutaj nikt nie zakłada Ksiąg Wstępnych, nikt nie bawi się w regulaminy ani tworzenie wzorców ras. Bo i po co? W rejestrze może zostać zarejestrowany każdy, dosłownie każdy pies, pochodzenia nieznanego, kreując w ten sposób nowy "lokalny" standard pseudorasy.
Jaka jest wartość rodowodów czy przeróżnych certyfikatów z takich rejestrów? 
Żadna, no może poza sentymentalną. Nie są one honorowane nigdzie, przez żadne szanujące się organizacje kynologiczne i w zasadzie pożytek z nich taki sam jak z papieru toaletowego. 
Stanowią one za to dla pseudohodowców świetny pretekst do windowania ceny szczeniąt do kwot wręcz absurdalnych. 
Bo trudno nie mówić o absurdzie, jeśli płacimy tysiące złotych za psa z bezwartościowym papierkiem, wydrukowanym w domku przez pana X, co to sobie rejestr założył, podczas gdy takiego samego kundelka (z takim samym pochodzeniem nieznanym) możemy mieć ZA DARMO ze schroniska czy azylu. 
O ile jednak wyciągnięcia psiaka z przytuliska jest gestem wielkiego serca, o tyle zakup psa z pseudoświstkiem od pseudohodowcy, co najwyżej może świadczyć ignoranctwie, nadmiarze gotówki, tudzież naiwności potencjalnego właściciela...
Ktoś zapyta: to po kiego grzyba te wszystkie rejestry jak wartość tego i tak żadna? 
Jak zawsze w takim przypadku: jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. 
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie do interesu, tj. rejestru czy jak zwał tak zwał, dokładał. Co za tym idzie cała ta mniej lub bardziej uczciwa papierologia kosztuje. 50zł, 100zł... zależy jak leży. 
Pseudohodowca płaci za pseudopapierki, bo sobie to zrekompensuje wielokroć na cenie szczeniąt, naiwny kupuje, bo papierek i wydane niemałe pieniądze dowartościowują i podnoszą samoocenę, a rejestr zarabia. I wszyscy się cieszą. 
Następnie szczęśliwy nabywca mnoży swojego kundelka z certyfikatem z ów rejestru, bo przecież tyle zainwestował i zwrócić się musi, szuka kolejnych jeleni do zakupu i kółeczko się zamyka. 
A genetyka? Dobór hodowlany? Wiedza kynologiczna? Leżą i kwiczą, bo któż by sobie takimi bzdurami głowę zawracał...






poniedziałek, 6 sierpnia 2012

rodowodowe mity


1. Jak się ma psa z rodowodem to trzeba jeździć na wystawy.
BZDURA. To czy ktoś ma ochotę, czas i pieniądze wozić się z psem po świecie, czy też woli schować rodowód do szuflady, to tylko i wyłącznie jego decyzja.
2. Nie ma rodowodu bo był siódmy, dziesiąty czy piętnasty w miocie.
BZDURA. Żadna organizacja kynologiczna nie ma "limitów" na ilość szczeniąt w miocie, którym wystawia rodowód.
3. Szczenięta nie mają rodowodów, bo rodzice nie jeździli na wystawy.
BZDURA. W przypadku np. APBT (American Pit bull terier), rasy nie uznawanej przez ZKwP, ale przez inne (zagraniczne) organizacje kynologiczne, właściciel nie ma ŻADNEGO obowiązku jeździć z psem na wystawy. Wystarczy tylko, że rodzice posiadają rodowód oraz osiągnęli odpowiedni wiek hodowlany, wówczas ich potomstwo również otrzyma rodowód. To czy potomstwo będzie wybitne, czy tylko ledwie przeciętne, zależy wyłącznie od doboru hodowlanego, jakości psów użytych do hodowli i aspiracji samego hodowcy, na pewno jednak będzie to potomstwo RASOWE=RODOWODOWE.
Oczywiście są pewne obostrzenia, i tak np. przy inseminowaniu nasieniem mrożonym, pies przed pobraniem nasienia musi mieć zrobione testy DNA i wbite w rodowód, rodowodu nie otrzymają szczenięta o umaszczeniu merle (marmurkowym) czy czarne psy po obojgu rodzicach red nose - w tym przypadku bywa, że "pod lupę" brany jest cały miot, w którym urodziło się choćby jedno takie odbiegające od normy szczenię, wówczas hodowca zobowiązany jest poddać testom DNA cały miot oraz oboje rodziców - są to jednak sytuacje naprawdę marginalne.
4. Szczenięta nie mają rodowodów, bo cyt. "Polska tej rasy nie uznaje".
BZDURA. To nie żart, spotykam siez takimi teoriami niemal codziennie, nie wiedzieć czemu jest to jedno z najczestszych tłumaczeń pseudohodowców. Tak, tak... to "Polska" (tzn. że co? Głowa państwa, minister jakiś czy może cały naród na głosowaniu?) uznaje czy jakaś rasa istnieje czy nie?
Oczywiste jest, że APBT, podobnie jak kilka innych ras, nie figuruje na wykazie ras Związku Kynologicznego w Polsce. Tylko że ZKwP nie jest jedyną, świętą, legalnie działającą organizacją na świecie. Na to mamy zagraniczne organizacje kynologiczne (jak American Dog Breeders Association czy United Kennel Club) oraz ich europejskie przedstawicielstwa (ADBA Club we Włoszech chociażby), żeby móc posiadać rasowe=rodowodowe psy nawet tych ras, których ZKwP nie ma w swoim wykazie, bo i w zasadzie mieć nie musi.
5. Szczenięta są bez rodowodu, bo za rodowód się dużo płaci.
BZDURA. Jedna z moich ulubionych bzdurek, również często powielana.
Tak, tak, rodowody dla szczeniąt to prawdziwa fortuna: na chwilę obecną rejestracja miotu w ADBA wynosi 3$ od jednego szczenięcia, plus 10$ opłaty za rejestrację miotu, plus 10$ za wysłanie papierów za granicę, czyli w przypadku miotu liczącego 6 szczeniąt daje nam to 6x3$+10$+10$=38$, czyli coś koło 120pln za cały miot. Faktycznie ogromne pieniądze... 
Worek dobrej karmy kosztuje 2 razy tyle.

Więc skąd się biorą psy bez rodowodu? 
Z "przekrętów" typu mamusia w typie AST, tatuś z grubsza w typie APBT, ale się popcha jako "pitbulle bez rodowodu" (bo droższe i lepiej się sprzedają) albo jeszcze lepiej: mamusia coś koło APBT leżała, tatuś nieznany, ale ze szczeniąt zrobimy "pitbulle" i popędzimy za parę stówek bo i tak się nikt nie kapnie..
Nie oszukujmy się, jeśli rodzice rodowodów nie mają, to szczeniętom się ich nie wyczaruje.
Oczywiście są różne krajowe, żeby nie rzec magiczne, domorosłe nazwijmy to rejestry, które takie "czary" za odpowiednią opłatą odprawiają, ale o tym przy innej okazji...
Wreszcie: to popyt reguluje podaż, a nie na odwrót. 
Wystarczy moda na jakąś rasę, a już znajdą się pseudohodowcy próbujący dorobić sobie tanim kosztem i wypuszczający "podróbki" marnej jakości, niewiele mające wspólnego z oryginałem. Nie oszukujmy się, my Polacy naród prosty i ubogi, nie mamy ani tradycji kynologicznych, ani wiedzy na temat planowej hodowli psów, na tle nawet naszych południowych sąsiadów wypadamy bardziej niż marnie w kwestii naszej świadomości czym tak naprawdę jest zwierzę rasowe... do tego kochamy podróbki (ach te wszystkie buciki i kurteczki marki ADIDOS) i brzydzimy się zdobywaniem wiedzy wszelakiej, wolimy raczej żyć w błogiej nieświadomości rzeczy (żeby nie rzec inaczej), dumni z siebie, że oto przyoszczędziliśmy stówkę czy dwie, a piesek WYGLĄDA PRAWIE JAK PITBULL... cóż, "prawie" robi różnicę. 
Dopóki będą ludzie gotowi płacić za kundelki (nie ważne że takie same albo i lepsze można mieć za darmo z fundacji, schronisk i azylów), dopóty pseudohodowcy będą je mnożyć.